Anna Wieczur-Bluszcz reżyserka filmowa, teatralna, radiowa i telewizyjna

Sarah Crossan, autorka książki „KASIEŃKA”, o polskiej dziewczynce w Anglii: Dlaczego imigranci nie mówią prozą


Milena Rachid Chehab: Dla kogo napisała pani książkę o dziewczynce z Polski, która emigruje z mamą do Anglii?

Sarah Crossan*: To mój debiut. Wcześniej pisałam książkę dla dorosłych, ale ona jakoś się nie składała. W moim życiu wydarzyło się wtedy coś tragicznego, co spowodowało, że mogłam tylko siedzieć sama w domu i bazgrać mnóstwo różnych notatek. W końcu usłyszałam gdzieś w głowie głos i to właśnie była Kasieńka. Początek książki jest przepisanym słowo w słowo moim notatnikiem – od razu wiedziałam, że bohaterka będzie Polką i że tekst będzie w pierwszej osobie. Choć zmagała się z czym innym niż ja i jest odważniejsza niż ja.

Pisanie „Kasieńki” to było moje katharsis. Nie zastanawiałam się, czy ktoś to kupi, nie miałam nawet agenta. Na szczęście, jak tylko skończyłam, pojawił się bardzo szybko.

Dlaczego już na samym początku kariery pisarskiej zdecydowała się pani na historię imigrancką?

– Gdy redaktorzy z wydawnictwa Bloomsbury dostali tę książkę, od razu powiedzieli: „To świetna historia o imigracji”. Zdziwiłam się, bo dla mnie to przede wszystkim historia o prześladowaniu i odmienności, a imigracja była tylko ramą opowieści.

Pani sama jest imigrantką.

– Pochodzę z Irlandii. Do Wielkiej Brytanii przyjechałam z rodziną jako siedmiolatka, w czasach, gdy regularnie wybuchały bomby podkładane przez IRA. Mimo że w północnym Londynie, gdzie mieszkaliśmy, społeczność irlandzka była spora, w szkole byłam prześladowana, przezywana Cyganką [w Wielkiej Brytanii stosunkowo duża jest grupa tzw. irlandzkich cyganów, czyli travellersów], nie miałam przyjaciół. Musiałam się przenieść do innej podstawówki, gdzie było trochę lepiej, bo w końcu straciłam trochę irlandzkiego akcentu, który był dla mnie zgubny.

Dwaj młodsi bracia zasymilowali się szybko, ale starszy, 11-latek, miał jeszcze gorzej ode mnie, w dodatku był bardzo niski jak na swój wiek. Ale poradził sobie podobnie jak Kasieńka: przez sport, bo tam nie musisz nic mówić – ona przez pływanie, a on przez bieganie. Tak mu to pomogło, że potem biegał nawet w irlandzkiej kadrze narodowej. Zresztą to chyba dzięki moim trzem braciom zostałam pisarką – żeby nie dać się stłamsić, musiałam nauczyć się zabierać głos.

‚Kasieńka’ na podstawie książki Sarah Crossan; adaptacja, reżyseria i inscenizacja: Anna Wieczur-Bluszcz, Miejski Teatr Miniatura w Gdańsku Fot. Piotr Pędziszewski / Miejski Teatr Miniatura

Kiedy poczuła się pani w Anglii jak u siebie?

– Wiem, że to nigdy nie będzie mój kraj, tym bardziej że mój ojciec pochodzi z Irlandii Północnej i jest republikaninem kwestionującym brytyjskie panowanie. Więc nie tylko to społeczeństwo nie uzna mnie za swoją, ale ja też bym nie chciała być obywatelką kraju, który skolonizował moją pierwszą ojczyznę.

Jeśli chodzi o edukację i o to, kim dzięki niej jestem, wszystko zawdzięczam temu krajowi, ale zawsze była we mnie złość na Imperium. Teraz mi trochę minęło, bo mój mąż jest stąd, pół-Brytyjką jest też moja córka. Właściwie to ona jest Greko-Brytyjko-Irlandko-Żydówką, ale takie połączenie jest uznawane raczej w Ameryce – tu powszechne jest oczekiwanie, że człowiek opowie się po którejś ze stron.

A pani?

– Dom, homeland, to dla mnie nie odziedziczona ojczyzna, ale coś, czego szuka się całe życie. Nie mówię po irlandzku, ale zawsze idealizowałam obraz Irlandii. Ostatnio jestem tam raz w miesiącu i przestałam już patrzeć na kraj przez różowe okulary, choć pewnie tam częściej mówię „my” niż gdzie indziej. Z drugiej strony wszyscy mamy tendencję do utożsamiania się z tym, co dobre. Kiedy jestem w Wielkiej Brytanii, kończy się często na tym, że jak Szekspir, to my, a jak Brexit – to oni.

Myślę jednak, że prędzej niż Brytyjko-Irlandką będę Amerykano-Irlandką. Tym bardziej że pierwszy raz swojsko poczułam się dopiero po przeprowadzce do Stanów. Tam nikt nie docieka, skąd jesteś, jedyna drużyna, do której można zostać zakwalifikowanym, to biali albo czarni. Zielona karta w połączeniu z tym, że byłam blondynką z niebieskimi oczami, wystarczyły, bym pasowała i by nikt nie wymagał ode mnie wielkich deklaracji. No i za każdym razem, gdy na lotnisku przechodziłam kontrolę graniczną, słyszałam „witaj w domu”.

Czuła pani, że wygląd pomagał?

– Wtedy odczułam, że jest coś takiego jak zmieniająca się co kilka lat „hierarchia imigracji”. Jakoś dziś nie mówi się w Wielkiej Brytanii o Australijczykach, którzy „kradną nam pracę”, nigdy nie słyszałam też, żeby ktoś miał problem z osiedlającymi się tu Amerykanami. Celem regularnych ataków są natomiast mieszkańcy wschodniej Europy, choć oskarżenia pod ich adresem nie mają uzasadnienia chociażby ekonomicznego.

Siódma klasa

Mam dwanaście lat.
Prawie trzynaście.
Rosną mi piersi
I mam miesiączkę,
A jestem w klasie z
Jedenastolatkami.

Mama się tym nie martwi.
Dopóki nie nauczę się czytać
Austen w oryginale,
Powinnam zostać
Z młodszymi, mówi.

Ale Mama nie ma racji.
Niektórzy z nich nigdy nawet nie słyszeli o Austen.

Znam się na liczbach
Lepiej niż oni wszyscy.
I na planetach.

Na lekcjach muszę
Chować się
Za książką,
Żeby nauczyciele
Nie zobaczyli moich migdałków,
Gdy ziewam.

Nie za dobrze czytam
Po angielsku.
To jedyne, czego nie umiem.

Więc wsadzili mnie do jedenastolatków.

[Wiersze z „Kasieńki” podajemy w przekładzie tłumaczki książki Katarzyny Domańskiej]

Może to kwestia języka?

– To też na pewno ma znaczenie, bo rzadko który Anglik zna jakiś język obcy. Ale jakoś Japończykom nikt mówienia w obcym języku nie wytyka. Poza tym w kontekście imigrantów dużo i chętnie mówi się o tzw. różnicach kulturowych, ale nie sądzę, żeby przeciętny Anglik w ogóle wiedział, na czym one polegają. Do znalezienia kozła ofiarnego przypuszczenia wystarczą.

Gdy pisałam „Kasieńkę”, miałam wrażenie, że trochę przeginam, bo mówię o historiach, które w dzisiejszych czasach już nie mają miejsca. Ale potem przyszedł Brexit z nagonką na imigrantów i książka stała się bardzo aktualna, tym bardziej że mówi o Polakach, czyli grupie najbardziej dotkniętej tym, co się tu dzieje.

Zresztą scena w „Kasieńce”, w której pracująca w szpitalu matka słyszy od pacjenta: „Czy mógłbym jednak rozmawiać z jakimś Anglikiem?”, jest prawdziwa – przydarzyła się dziewczynie mojego brata, Polce. „Jest tu jakiś Anglik, który mógłby mnie obsłużyć?” – usłyszała od klienta. Najgorsze było to, że jej menedżer, zamiast wyrzucić gościa za drzwi, powiedział: „OK, ja cię obsłużę”.

‚Kasieńka’ na podstawie książki Sarah Crossan; adaptacja, reżyseria i inscenizacja: Anna Wieczur-Bluszcz, Miejski Teatr Miniatura w Gdańsku Fot. Piotr Pędziszewski / Miejski Teatr Miniatura

Dla mnie takie sytuacje są niewyobrażalne, bo moja rodzina jest jak ONZ. Jeden brat spotykał się z Rosjanką, drugi ma dziewczynę Polkę. Szwagierka jest Hiszpanką, partner mojej mamy Rumunem, mój mąż jest pół-Grekiem, ja sama mieszkałam w kilku krajach.

Ma pani obserwacje nie tylko z własnego dzieciństwa, ale również z pracy. Przez kilka lat pracowała pani jako nauczycielka angielskiego jako drugiego języka. W szkole dzieci imigranckie są prześladowane tak samo jak inne?

– Bardzo podobnie, tyle że tu wzorce przychodzą z zewnątrz, np. od rodziców czy z mediów. Ale dzieci szukają inności wszędzie. Mogą się uczepić języka, wyglądu, sposobu chodzenia, okularów, butów. W „Kasieńce” problemem jest niechęć najpopularniejszej dziewczynki w klasie do „tej nowej” z Polski.

Dzieci wyszukują sobie taką „inną” ofiarę ze strachu, żeby samemu nie paść ofiarą szkolnych prześladowań. Czują się niepewnie i wiedzą, że sytuacja może się zmienić na ich niekorzyść w każdej chwili, więc wolą ją uprzedzić, zmieniając się z potencjalnej ofiary w sprawcę.

‚Kasieńka’ na podstawie książki Sarah Crossan; adaptacja, reżyseria i inscenizacja: Anna Wieczur-Bluszcz, Miejski Teatr Miniatura w Gdańsku Fot. Piotr Pędziszewski / Miejski Teatr Miniatura

Pani książka jest używana w angielskich szkołach jako pomoc w rozmowie o różnorodności, ale też o problemach, z jakimi stykają się uczniowie z innych krajów. Materiały dydaktyczne udostępnia wydawnictwo, wiersz „Stansted” pojawił się również w materiałach dla brytyjskich nauczycieli, jakie przygotował niedawno Instytut Polski w Londynie.

– Często na spotkaniach w szkołach słyszę od dzieciaków z Litwy czy Rumunii, że one też odnajdują się w historii Kasieńki. Wiem, że tę książkę czytają również uchodźcy. Pewna brytyjska pisarka, która jest wolontariuszką w ośrodku dla uchodźców w północnym Londynie – mimo że pracuje z dorosłymi ludźmi – wybrała do wspólnego czytania „Kasieńkę”. Szukała książki, w której przybysze się odnajdą, która pomoże im oswoić nową przestrzeń i przez którą nie poczują się zagrożeni. Dla większości to była pierwsza książka, którą czytali po angielsku, i to dało im poczucie sporego sukcesu.

Byłam tam później na spotkaniu autorskim i – nie chcę, żeby to brzmiało jak przechwałka – to było jedno z najbardziej poruszających przeżyć w całym moim życiu. Ludzie z różnych części świata, Somalijczycy, Syryjczycy dzielili się doświadczeniami z lektury i ze swojego życia, a po wszystkim podszedł do mnie wysoki, przystojny Afrykanin, który miał łzy w oczach. Przytuliliśmy się i to wszystko wydało mi się przez moment tak nierzeczywiste, że pomyślałam, że gdybyśmy się zetknęli gdzieś w autobusie, nie zwrócilibyśmy na siebie uwagi. Takie spotkania są możliwe tylko dzięki literaturze.

Stansted

Nie płynęłyśmy statkiem.
Imigranci nie przybywają tu już
Zatłoczonymi łodziami,
Nie kłębią się jak szczury na mokrych nabrzeżach.
To nie jest rok 1920 i nie jesteśmy na Ellis Island –
Nie wita nas romantyczna
Statua Wolności.

Przyleciałyśmy na Stansted.
To jeszcze nie Londyn,
Ale już blisko.

Przed kontrolą paszportową stoimy nerwowo
W kolejce i ćwiczymy w głowie angielski:
Yes-thank-you-officer.
Wiem, że nie jestem już w domu,
Bo gdy mam się odezwać, aż ściska mnie w brzuchu,
I zanim otworzę usta,
Powtarzam sobie to, co mam powiedzieć,
Jak rolę w szkolnym przedstawieniu.

Przy odbiorze bagażu
Nasza plastikowa torba
Jedzie powoli na taśmie,
A ludzie patrzą.

Ktoś wskazuje ją palcem,
Więc Mama mówi: „Zostaw ją, Kasieńko.
W tej torbie jest tylko ciepła bielizna.
Nie będzie nam tu potrzebna.
Będą nam potrzebne kalosze”.

Mama ma rację:
Powietrze w Anglii jest wilgotne,
Niebo to szary koc.
A deszcz zaraz
Przemoczy nas
Do suchej nitki.

Jedyna negatywna reakcja przyszła ze strony dorosłego – pewna pani powiedziała, że negatywnie przedstawiam angielską Polonię. Ale ja nie roszczę sobie prawa do mówienia o Polsce, w której dopiero teraz będę po raz pierwszy [rozmawiamy przed przyjazdem pisarki do Gdańska na premierę sztuki „Kasieńka” w Teatrze Miniatura], to według mnie bardziej uniwersalna historia. Tamtej pani nie podobało się, że Kasieńka i jej mama są biedne, ale przecież to nie dlatego, że są imigrantkami, tylko że ojciec dziewczynki je opuścił, zabierając pieniądze. Matka jest ofiarą przede wszystkim nieudanego małżeństwa – na początku, bo później żadna z nich nie jest ofiarą.

To również dość feministyczna książka.

– Wszystkie moje książki takie są. W żadnej nie znajdziesz chłopca, który ratuje dziewczynkę czy takiego, wokół którego kręci się jej życie. Tu też William i Kanoro występują jako postacie ważne dla głównej bohaterki, ale Kasieńka nie opiera się na ich wsparciu. To, kim się staje, zawdzięcza sobie samej.

‚Kasieńka’ na podstawie książki Sarah Crossan; adaptacja, reżyseria i inscenizacja: Anna Wieczur-Bluszcz, Miejski Teatr Miniatura w Gdańsku Fot. Piotr Pędziszewski / Miejski Teatr Miniatura

Jednym z najciekawszych zabiegów w „Kasieńce” jest forma: 127 wierszy, które układają się w spójną historię.

– W niektórych szkołach uczniowie czytają całość, w innych wybrane utwory. Zawahałabym się przed nazwaniem ich poezją, to raczej imitujące mowę potoczną teksty, które najlepiej oddaje wiersz wolny. To od czytelnika zależy, jak splecie te wersy. W poezję czytelnik jest dużo bardziej zaangażowany niż w prozę. Poza tym od prozy oczekuje się zwykle precyzji języka, tu mogłam sobie pozwolić na większą swobodę, a poza tym taka forma lepiej oddaje sposób, w jaki chce się wyrazić ktoś, kto dopiero zaczyna przygodę z obcym językiem.

Mam wrażenie, że ta kreatywność cudzoziemców przekłada się także na frazeologię. Idiomy często przekręcamy albo wręcz tłumaczymy dosłownie z naszego języka ojczystego. Czasem robi się z tego czysta poezja.

– Poezja może być bronią imigrantów także w szkole. Gdy pracowałam w szkole, wielokrotnie widziałam, że poezja to dziedzina, w której imigranckim dzieciakom najłatwiej było osiągnąć sukces, często nawet większy niż w przypadku native speakerów. W pisaniu wypracowań gramatyka i precyzja języka były kluczowe, w poezji natomiast mogli się pobawić językiem, frazeologią, interpunkcją.

Skoro nigdy dotąd nie była pani w Polsce, jak udało się pani sprawić, że nic tu nie zgrzyta?

– Bardzo pomógł mi internet, tam obejrzałam np. dworzec Gdańsk Główny. Przed publikacją książkę przeczytała również dziewczyna mojego brata, która skorygowała parę drobnostek. To ona zasugerowała np., że najbardziej prawdopodobne będzie, jeśli Kasieńka będzie jadła – nieznane u nas prawie zupełnie – lody jagodowe.

*Sarah Crossan (ur. w 1981 r.) – z wykształcenia filozofka, literaturoznawczyni i nauczycielka. „Kasieńka” wydana po raz pierwszy w 2012 r. w wydawnictwie Bloomsbury (tytuł oryginału „The Weight of Water” to jej literacki debiut nominowany do Nagrody m.in. Carnegie Medal. Wyróżnienie to dostała inna książka Crossan „One” o bliźniaczkach syjamskich).

„Kasieńka”, Sarah Crossan, przeł. Katarzyna Domańska, wyd. Dwie Siostry, Warszawa 2015

‚Kasieńka’, Sarah Crossan, wyd. Dwie Siostry materiały prasowe

Źródło: wyborcza.pl
WYWIAD: Milena Rachid Chehab


© Anna Wieczur-Bluszcz